01.12.2015

One

No one's pov
Wiatr wpadał do pokoju Kourtney przez lekko otwarty balkon. Zasłona powiewała na jej twarz, a ona leżała na łóżku z nadzieją, że pogoda będzie sprzyjała.  Zawsze miała niechęć wstawania o siódmej rano w złą pogodę. Była przyzwyczajona do ciepła, a kiedy nie mogła zmuszała ją do tego mama krzycząca z drugiego końca domu.

Kourtney oddychała powoli rześkim powietrzem, napawając się zapachem skoszonej trawy pana Hellberga, sąsiada który miał ogród na przeciwko jej balkonu. Jego pelargonie było czuć już na wejściu do jej domu. Czuła również zapach śniadania. To był bekon, fasolka i jajko sadzone. To właśnie jej mama robiła najlepiej, jest Brytyjką, jadła to w dzieciństwie. Przygotowywała je zawsze w niedzielę. Oczywiście Kourtney wielbiła ją za to, bo jej brzuch z chęcią pochłaniał całe dwa talerze. Nie wspominając, że potem musiała biegać przynajmniej trzy razy w tygodniu, aby nie przypominać tłustej świni. Zresztą kto chciałby ją przypominać, pomyślała.

Podniosła się na łokciach i przetarła oczy. Następnie wstała lekko obolała prawdopodobnie dlatego, że źle jej się spało. Już od miesiąca wspomina rodzicom o kupnie nowego, bardziej miękkiego łóżka. Zawsze odwlekali na kiedy indziej, a ona nie wysypiała się nigdy potem. Zaścieliła łóżko i czując że zimno jej w stopy założyła ulubione kapcie w pandy. Twierdziła uparcie, że to dziecinne, ale nadal je lubiła. Nie ważne że były w pandy, ważne że były wygodne, a ona ceniła wygodę. Poszła do swojej łazienki i umyła twarz, aby nie wyglądać jak trup, po czym ubrała swoją białą, prosta sukienkę do kościoła. Przeczesała jeszcze włosy i pomalowała rzęsy tuszem następnie zamaskowała lekkie pryszcze podkładem. Jej mama, jak i jej koleżanki uparcie twierdziły, że nie potrzebuje ona tego bo wygląda pięknie bez makijażu, ale Kourtney przyzwyczaiła się do tego i nie chciała nic zmieniać. Zbiegła na dol i przywitała się z rodzicami którzy już siedzieli przy stole czekając jedynie na nią.

- Wołam cię już od dziesięciu minut Kourtney. - westchnęła jej mama, uśmiechając się do niej. Razem z nimi usiadła i zaczęli jeść. Rozkoszowała się smakiem fasolki, tym razem w sosie którego nie znała, ale i tak był w sam raz.
- Dzisiaj poznamy syna Pattie, była bardzo szczęśliwa kiedy mi to mówiła. Podobno nie widziała go trzynaście lat. - powiedziała mama patrząc na nią i ojca. Jedyne co zadziwiło Kourtney, to to, że aż trzynaście lat? Jak można nie widzieć swojego dziecka aż tyle?
- Dlaczego trzynaście lat? - zapytała mrucząc pod nosem piosenkę którą wczoraj słyszała w radiu.
- Rozwiodła się z jej mężem, a on odszedł razem z nim. - patrzyła na swój talerz wzrokiem zdziwienia, chociaż nie tak dużego jak była Kourtney. Nie dopuszczała by nigdy myśli, że jej rodzice mogli by się jakoś rozejść, nie ważne z jakiego powodu. Po prostu nie. Cicho powiedziała 'Mhm' pod nosem i skończyła jeść porcje śniadania, kiedy jej mama wstała chcąc nałożyć jej więcej ta pokręciła głową i podziękowała. Czuła się już przejedzona jak nigdy. Kilkanaście minut później wszyscy zebrali się do kościoła na mszę.

Byli tu wszyscy z miasteczka Beacon Hills. Jej przyjaciółka Halsey, razem z jej rodzicami i denerwującym bratem Trevorem, miał może 8 lat, ale i tak był irytujący i wścibski. Jej mama była spokojną kobietą i przyjaciółka mamy Kourtney. O jej ojcu wolała nie wspominać, bo tak na prawdę go nie znała, nie rozmawiała z nim ani razu kiedy była u Halsey. Po lewej stronie od Halsey stała brunetka, była nauczycielka z collage'u Kourtney. Samotna wdowa po panu George'u, który umarł kilka lat temu. Podobno został zamordowany, nie wiadomo jak i gdzie. Tak opowiadał ojciec Kourtney, po tym jak zakończył śledztwo wraz że swoimi kolegami z posterunku. Nie był kimś ważnym, po prostu pracuje jako strażnik porządku w policji Beacon Hills. A obok niej siedziała staruszka ze śmiesznym kapeluszem na głowie. Po prawej stronie w przednim rzędzie stal ciemny blondyn. Miał opuszczona głowę wiec Kourtney nie widziała jak wyglądał. Dostrzegła jedynie bujne włosy spadające na połowę jego twarzy i tatuaż na szyi z napisem "Patience" Dopiero po chwili zorientowała się że to syn Pattie, która stała obok niego z uśmiechem na twarzy, trzymała za rękę piętnastoletnią Jazzy, jej córkę. Wyglądali dość ładnie. Msza się zaczęła i wszyscy siedzieli słuchając kazania pastora.

Kourtney's pov

Godzinę później msza dobiegła końca, wszyscy wyszli z kościoła i zaczęli rozmawiać. Pattie zobaczyła nas z daleka i zaczęła machać. Wyglądała pięknie w kremowej sukience i szarym sweterku. Równym krokiem razem z synem i córką podeszli do nas.
- Na prawdę miło was widzieć. - rozpromieniła się i przytuliła moją mamę i mnie. Spojrzała na mnie kiedy ja gapiłam się na jej syna który miał brązowe oczy i gładką skórę. Na szczęście nie patrzył na mnie, był nieobecny. Ona uśmiechnęła się i położyła rękę na jego ramieniu.
- To mój syn, Justin. - dumna uniosła brodę. Jest na prawdę przemiła i zresztą jest uważana za jedną z najbardziej szczerych kobiet w mieście. To ją wyróżniało.
- Jestem Justin, miło pana poznać - przywitał się z moim ojcem, który właśnie doszedł do nas po rozmowie z pastorem. Chłopak podał mi rękę, więc uścisnęłam ją mocno i z uśmiechem. Jego oczy były tak pewne, jakby znał mnie już wcześniej. Po krótkiej rozmowie rodzice chcieli się zbierać. Stwierdziłam, że pogoda jest za ładna aby jechać do domu i siedzieć w nim. Pożegnałam się z nimi i swoim samochodem pojechałam do kawiarni w centrum miasteczka. Miła pani podała mi latte, a ja piłam ją patrząc w okno. Czekałam na Halsey, zawsze się spóźniała. Jednak chwilę potem usłyszałam dzwonek przy drzwiach. To nie była ona, to był Justin. Rozejrzał się i kiedy zobaczył mnie, ruszył w moją stronę. Dosiadł się zakładając ręce na blat.
- Czemu siedzisz tu sama? - zapytał. Znów patrzyłam mu w oczy, usiłując coś w nich zobaczyć, ale były tak bezwzględne i puste.
- Hej słyszysz mnie? - powtórzył śmiejąc się.
- Tak tak, przepraszam. Właściwie to czekałam tu na moją przyjaciółkę ale spóźnia się już dobre piętnaście minut. - wydukałam otrząsając się z myśli.
- Wystawiła cię? - uniósł brew.
- Nie, na pewno będzie tu za chwile. - kiwnęłam głową i lekko się uśmiechnęłam. Halsey zdyszana wbiegła do kawiarni i gwałtownie zatrzymała się przy stoliku.
- Boże, przepraszam, ale autobus mi uciekł musiałam czekać na inny. Po prostu komunikacja w tych czasach jest zawodna. - wymamrotała dysząc jak pies. Po chwili popatrzała na naszą dwójkę i uniosła brew tak samo jak Justin, czy tylko ja tak nie umiem?
- Przeszkadzam wam? - pokazała na nas palcem a potem odwróciła się do mnie.
- Kto to jest, przedstawisz mnie? - szepnęła mi a Justin zaśmiał się pod nosem zapewne wszystko słysząc.
- To jest Justin, Halsey. Syn Pattie. - usiadła delikatnie poprawiając włosy.
- Nie wiedziałam, że Pattie ma takiego syna. - zaśmiała się, a on razem z nią. Ten chłopak był miły, ale nadal coś mi w nim nie pasowało, ciągle był zamyślony, tak jak ja.
- Więc widzimy się potem. - puścił mi oczko i wyszedł, nie dając mi nawet odpowiedzieć. Rozmawiałam z Halsey, która była wyraźnie podekscytowana tym, że chłopak tu był i nie powstrzymywała się od dziwnych komentarzy. Co znaczą dla mnie dziwne komentarze? "Jaki on jest przystojny", "Ciekawe jak wyglądał by z dwójką dzieci". To właśnie są dziwne komentarze.
Wieczorem Halsey musiała wracać do domu, ponieważ jutro ma coś ważnego, nie chciała mi powiedzieć, więc nawet nie pytałam. Wyszłam z kawiarni zasuwając kurtkę i poszłam w stronę auta, ale to nie chciało odpalić, serio akurat teraz? To pewnie ja zapomniałam go zatankować. To do mnie zresztą podobne zapominam o takich szczegółach. Muszę więc iść na nogach, o tej porze nie ma już autobusów. Ruszyłam więc najciemniejszą ulicą, jakbym prosiła się o nieszczęście. Boże wiem, że jesteś przy mnie. Powtarzałam sobie, słysząc nawet najmniejszy hałas. Z bocznej ulicy wyszedł Justin, przynajmniej rozpoznałam jego kurtkę. Skórzaną. Szedł co chwila sprawdzając okolice. Zastanawiało mnie to, nie miałam wyboru, musiałam iść za nim, szedł w tą samą stronę co ja.

Niedaleko potem on skręcił i jedyne co zauważyłam to kilka osób stojących w ciemnej uliczce przed wejściem. Do klubu. Jeżeli tu jest klub to musiałam być ślepa, żeby go nie zobaczyć wcześniej. Przywitał się z ochroniarzem i wszedł bez problemu do środka, pokazując jakiś znak wytatuowany na jego ręce. Wszedł tam całkowicie bez kolejki. Pomyślałam, że to całkiem dziwne, więc powiedzmy, że wepchałam się do kolejki z jakimś chłopakiem, który chętnie mnie do niej wpuścił. Tak jak myślałam musiałam okazać dowód, ale weszłam tam bez problemu. Był tu niezły tłum ludzi, a muzyka tłumiła moje myśli. Ludzie ocierali się o siebie jak gdyby nigdy nic. Szukałam tam Justina, ale przepadł. Tutaj zakończyło się moje śledztwo. On po prostu zniknął. Chyba nie mam tu więcej czego szukać. Wyszłam z klubu i zaciągnęłam się świeżym powietrzem, pozbywając się tego zapachu spoconych ludzi i papierosów.   Nie miałam ochoty iść jeszcze dobre dwadzieścia minut do domu, więc skręciłam w krótszą drogę. Idąc z rękoma w kieszeni, usłyszałam dźwięk stukających butów po kałużach. Ciemna postać wyłoniła się z cienia, wysoki mężczyzna z kapturem na głowię i brodą, złapał mnie za ramiona i ścisnął tak, że poczułam dreszcze na moim ciele.
- Mam dla ciebie niespodziankę...

To be continued



A więc kochani, pierwszy rozdział!!
Utworzony dzięki pomocy Weroniki, dziękuję!!
Mam nadzieje, że wam się podoba.
Jak myślicie, jaką niespodziankę ma dla Kourtney tajemniczy mężczyzna?

(za błędy przepraszam)