03.04.2016

Two

- Mam dla ciebie niespodziankę ...- wychrypiał mężczyzna, z kpiącym uśmiechem przez co po moim ciele przeszedł dreszcz. 
On ściskał coraz mocniej moje barki, a ja tylko patrzyłam w jego ciemne oczy. Próbowałam go od siebie odepchnąć, ale za każdym razem to nie działało. Facet jednym ruchem wyciągnął nóż i przystawił mi do gardła, czułam zimny metal w tym miejscu i dziką chęć ucieczki.
 - Puść mnie - pisnęłam przerażona tym co się właśnie dzieje. Jak gdyby właśnie teraz Bóg opuścił mnie i zostawił całkiem bezbronną. 
Z mroku wyjawił się kolejny człowiek, ale tym razem nie szedł w moją stronę, tylko mężczyzny. Złapał go jednym ruchem za gardło i po chwili powoli puścił, szepcząc coś czego całkowicie nie zrozumiałam. Miałam ochotę bieg teraz w drugą stronę, ale byłam w szoku.
 - Idź stąd, i więcej się tu nie pokazuj. -szepnął do mnie i odszedł rozglądając się. Nie miałam pojęcia kto to był. Miał na sobie kaptur i jedyne co wpadło mi w oczy to usta, kształtne i delikatne.
Uciekłam stamtąd, prosto do domu. Nie mogłam wydusić z siebie ani słowa, panikowałam przez dłuższą chwile w pokoju, dopóki nie wzięłam prysznica. To dobrze mi zrobiło. Jak mogłam być tak lekkomyślna, gdyby nie ten chłopak, pewnie bym już nie żyła.
Next day
Obudziłam się całkiem spocona ze snu. Nie był on dobry, powiedziałabym, że był koszmarem. Kropelki potu spływały po moim czole i dekolcie sprawiając, że zimny dreszcz przepływał moje ciało od góry do dołu.
Wstałam kilka razy głęboko oddychając, by przypadkiem nie zemdleć. Było mi cholernie słabo. Otworzyłam okno od balkonu aby było więcej powietrza. Weszłam do łazienki, by wziąć prysznic, kiedy już to zrobiłam, owinęłam się szczelnie ręcznikiem i wróciłam do pokoju. Błyskawicznie ubrałam rurki i luźną koszulkę następnie przeczesałam włosy, układając je. 
Prawie wczoraj zostałam zabita przez swoją lekkomyślność. Gdybym nie poszła tam za Justinem może nic takiego by mnie nie spotkało. Będę musiała o tym z nim porozmawiać, jeśli tego nie zrobię nie dowiem się co tam robił. Zeszłam po cichu na dół, ale niestety moje kroki usłyszała mama.
 - Gdzie byłaś wczoraj? - spytała spokojnie, trzymając ręce na biodrach. 
- U Halsey - wzruszyłam ramionami patrząc na nią. Wyglądała na złą, chociaż nie wróciłam późno, a ona jak zwykle była nadopiekuńcza. 
- Martwiłam się o ciebie, razem z ojcem. - dodała ostrym tonem, przez co wywróciłam automatycznie oczami. 
- Nie zrobiłam nic złego, po prostu byłam u niej i się zasiedziałyśmy, to tyle. - wydukałam głośniej. Ona tylko westchnęła ciężko i poszła do innego pomieszczenia ignorując mnie totalnie. 
Zjadłam szybkie śniadanie, i kiedy byłam już gotowa zabrałam swoją torebkę, po czym wyszłam nie informując o tym rodziców. Nie chciałam się z nimi kłócić, mam dość wysłuchiwania ich kazań na temat dobrego wychowania i szacunku.  
Szłam chodnikiem z założonymi rękoma pod piersi, byłam zła na siebie i wszystkich dookoła. Dom Pattie jest nie daleko, więc czemu nie miałabym tam wpaść, przy okazji będę miała szanse porozmawiać z Justinem w cztery oczy. Dowiedzieć się co tam robił, bo na pewno nie bawił się świetnie z ludźmi w klubie. To całe myślenie przyprawiało mnie o zawroty głowy, za każdym razem kiedy więcej myślałam, czułam się słabo. 
Stanęłam przed skromnym ale ładnym domem państwa Bieber. Wzięłam głęboki wdech i zadzwoniłam dzwonkiem z uśmiechem. Drzwi otworzyła mi Jazzy, była jeszcze w piżamie. 
- Jest Pattie? - zajrzałam do domu, było pusto, ale z salonu wyszedł Justin z telefonem w ręku.
 
- Nie nie ma ich pojechali do firmy - powiedziała i kiedy tylko Justin to usłyszał spojrzał w naszą stronę. Wyglądał na spokojnego chociaż nie do końca, jakby wiedział że tu przyjdę, w zasadzie w ogóle nie był zdziwiony.
- Mogę wejść? - spytałam zwracając się do niej , oczywiście wpuściła mnie bez problemu.
- Chciałabym porozmawiać z Justinem - spojrzałam na chłopaka który miał teraz ręce w kieszeni i po prostu opierał się o framugę wejścia do salonu, dobrze wiedział ze będę chciała z nim porozmawiać. Jazzy poszła na górę do swojego pokoju bo ja o to poprosiłam, nie chciałam przy niej rozmawiać.
- Wczoraj, przez przypadek... spotkałam cię blisko klubu - zaczęłam.
- Śledziłaś mnie.. - przerwał mi. Trochę było mi niezręcznie się z nim zgodzić , ale przecież go śledziłam to prawda.
- Nie potrafisz kłamać Kourtney, więc nawet nie próbuj mówić, że to był przypadek - prychnął. Przygryzłam wargę w zakłopotaniu. To nie możliwe , przecież starałam się być cicho i trzymałam dystans między nami tak jak to jest w tych filmach z agentami.
- No dobra może byłam trochę ciekawa, ale co ty tam robiłeś? I nawet nie próbuj mi powiedzieć ze byłeś tam tylko potańczyć ... - powiedziałam tak samo jak on chwilę temu przez co zmrużył oczy.
- Nie powinno cię to interesować. - warknął, nie był zbyt miły. Westchnęłam krótko a on spojrzał na drzwi.
- Powinnaś już iść. - dodał. 
- Nie wyjdę dopóki nie powiesz mi dlaczego tam byłeś - zaprzeczyłam, chłopak coraz bardziej się denerwował, jego żyły na rękach powoli pojawiały się od zaciskania pięści. Nim się obejrzałam trzymał mój nadgarstek, ściskając go.
- Nie twój zasrany interes, więcej się tam nie pokazuj. - wysyczał w moją stronę.
Dokładnie już wiedziałam, że mam do czynienia z mężczyzną który mnie uratował.

Przeczytałeś = komentarz
Kolejny rozdział. Obiecuje, że następny rozdział będzie dłuższy i będzie się więcej działo! Mam nadzieje, że podoba się wam i będziecie dalej czytali. Dziękuję za wszystkie komentarze :*

1 komentarz:

  1. Idealny kurde *-*
    Bardzo mnie zaciekawiłaś ;)
    Na pewno zostaje tu na dłużej!
    Istniałaby możliwość abyś wpadła do mnie? ;c Dopiero zaczynam i przydał by się komentarzyk i obserwacja :)

    http://story-by-livia.blogspot.com

    Livia xoxoxo

    OdpowiedzUsuń